Magazyn komiksowy Produkt to legenda. I nie boję się tego napisać. Gdy na naszym rynku polski komiks właściwie nie istniał, poza kserowanymi zinami, o których mało kto słyszał, a jeszcze mniej ludzi miało z nimi jakikolwiek kontakt, pojawiło się coś, co nie brało jeńców. Periodyk, który może nie był regularny, ale miał to coś, co trafiało prosto w komiksowe serduszko i okazało się niezłą trampoliną dla kilku twórców.

Ale co komiks ma wspólnego z prasą grową lub grami jako takimi? Otóż autorem “Produktu książkowego” jest Bartłomiej Kluska, którego możesz kojarzyć z takich publikacji jak: “Bajty polskie 3.0”, “Dawno temu w grach”, czy “Legendy gier wideo”. Sam produkt powstał z inicjatywy Michała “Śledzia” Śledzińskiego, który od zawsze był związany z prasą grową. Jego jednostronicowe komiksy lub paski mogliśmy czytać w Świecie Gier Komputerowych (“Fido i Mel”), Pixelu (“KDP”), a aktualnie choćby w CD-Action (“Śledziu na zagrychę”). Zresztą w samym Produkcie nie brakowało odniesień do gier, i to zarówno w narysowanych historiach, jak i publicystyce czy podpaskach (kto czytał, ten wie). Ponadto magazyn pewnie by nie powstał gdyby nie Marcin Przasnyski z Secret Service, i nie osiągnąłby takiego pola rażenia, gdyby nie reklamy we wspomnianym czasopiśmie czy NEO Plus. Te światy się przenikały. W recenzowanej książce też nie raz padnie nazwa jednego, drugiego czy trzeciego magazynu.
Skupmy się jednak na “Produkcie książkowym”. Skąd taki tytuł? Otóż jest jeszcze “Produkt wystawowy” czyli jak sugeruje tytuł wystawa, która 18 września br. miała wernisaż w Centrum Komiksu i Narracji Interaktywnej EC1 w Łodzi. I fajnie, ale prezentowane tam prace kiedyś zostaną odesłane autorom, a to co mamy w książce zostanie.

Co równie ważne, książka to nie tylko grafiki (choć tych nie brakuje), ale także pełna historia Produktu jako magazynu. I to od samego początku a nawet prapoczątku, bo mamy tu rzut oka na popeerelowski rynek lat 90-tych, na którym polski komiks praktycznie nie istniał. Pojawiały się co najwyżej niskonakładowe ziny jak „AQQ”, „KKK” albo „Azbest”. Aż tu nagle w 1999 roku pojawia się Produkt. I to nie sprzedawany ze stolika na konwentach, a normalnie w kiosku. Po prostu nowa era.
Książka dokładnie przedstawia okoliczności, jakie doprowadziły do powstania Produktu. Jak trafili do niego poszczególni autorzy, jakie serie tworzyli i jak potoczyły się ich dalsze losy. Przeczytamy również, w jakich warunkach i tempie powstawał magazyn, a także przy jakich używkach. Suma tych czynników dziś byłaby pewnie zabójcza dla niejednego z nas, ale nie wtedy. Takie to były czasy. Taki mieliśmy klimat.
Jest tu masa faktów, cytatów i ciekawostek. Jest także chwila zadumy i refleksji. Niejeden z autorów spogląda za siebie i wprost mówi, że nie do końca jest dumny z tego, co wtedy powstało. Że teraz wiele rzeczy narysowałby inaczej. Nawet Śledziu dokonuje rachunku sumienia i przyznaje, że gdyby poświęcał więcej czasu na ogarnięcie spraw okołowydawniczych, to być może Produktu wyszłoby więcej niż 23 numery. Ale czasy się zmieniały. Powszechny stawał się internet, sprzedaż spadała, odbiorca dojrzewał…

“Produkt książkowy” to spora publikacja. Niby tylko 132 strony, ale format 240×320 mm, twarda oprawa i dobrej jakości papier swoje robią. Ten ostatni szczegół jest szczególnie ważny, bo książka zawiera mnóstwo grafik. Znajdziemy tu galerię okładek (zarówno tych wydanych jak i alternatywnych, czarno-białych i kolorowych), a także przedruki kadrów, stron, notatek, lineartów i niewykorzystanych materiałów, a nawet listów. I to takich odręcznych, wysyłanych pocztą. Zdecydowanie jest na czym oko zawiesić i co poczytać.
Szczególnie, że czyta się to doskonale. Autor fantastycznie opowiada o powstaniu losach magazynu i ekipy, która za nim stała. Warsztat Bartłomieja Kluski sprawia, że lektura wciąga momentalnie i nie puszcza do samego końca. Jak dobra powieść lub… reportaż, bo tu chyba bliżej tej formie. Ja przeczytałem całość w jednym posiedzeniu, z krótką przerwą na zrobienie herbaty.
Dla osób, które lubią komiks i pamiętają Produkt, “Produkt książkowy” jest pozycją obowiązkową. Pozwala na chwilę wrócić do tych czasów gdy bohaterowie “Osiedla Swobody” wydawali się ziomkami z podwórka, a Wilqu stał na straży porządku… no prawie. Nostalgia to jedno, a świetne wydanie to drugie. Doskonała robota. I nawet jeśli ktoś nie pamięta tytułowego magazynu, to po książkę warto sięgnąć. Bo to świetna opowieść i kawał historii.







źródła zdjęć:
https://kultura.com.pl/
zbiory własne


Osiedle Swoboda kojarzę. Wtedy go nie czytałem, słyszałem. Ale gdzieś kiedyś, nie mówcie Śledziowi, coś kojarzę, że dostałem od kumpla z podstawówki jakieś obrazki z trzeciego obiegu. Ciekawe, czy je znajdę.
Dobrze że mamy fachowca od tego typu komiksów, bo ja w ogóle nie kojarzę tej tematyki. Owszem, Żbiki, Klossy, Tytusy, Kajki i Kokosze to się zna, ale takie coś? Umkło mi 🙂
Super że daliście informację o tej książce na Zapachu Papieru.
A tutaj plakat reklamujący PRODUKT WYSTAWOWY.
https://cdn.bsky.app/img/feed_fullsize/plain/did:plc:q4ivkmnolgg67fi5hlklueyl/bafkreifd5gva2adp44xuii3h5rz5rhbalftbduqx7hntuvr2kstuzjcx6m
Którym to Śledziu pochwalił się na swoim koncie na BS.