Strona główna » Newsy » Książka: Jerzy Poprawa „Nie podoba się, to nie kupuj”

Książka: Jerzy Poprawa „Nie podoba się, to nie kupuj”


Opublikowano: 09/06/2026 | Autor: Kambr Ordowik

Nie podoba się, to nie kupuj”. Tak zawczasu uprzedza czytelników tytuł wydanej w maju książki autorstwa Jerzego Poprawy (vel Smuggler/Lifter/Mac Abra/kilka innych). Załatwione, zostaliście lojalnie ostrzeżeni…

Łatwo powiedzieć „nie kupuj”. To nie CD-Action, nie było poprzednich numerów do nielubienia, zaś Pilotów purpurowego zmierzchu nie czytałem – nie dowiem się, czy się spodoba, jak nie kupię. Widać od razu, że ten Smuggler nie jest w ciemię bity. Nie wiadomo, wykręca się, tudzież igra z nami słowami? Może tylko prowokuje, a ma to we krwi. A więc, kupić – nie kupić? „Mój drogi, przecież to Smuggler? Jakże nie kupić!” Odciąłem mózg od kolejnej fali spekulacyjnej dopaminy, kupiłem, przeczytałem. A co Smuggler tam napisał, ta recenzja Wam opowie.

Jerzy Poprawa

O autorze jeszcze. Kim jest Smuggler, rozpisywać nadmiernie się nie trzeba. Nie będę więc wyjaśniał, że Mac Abra to naprawdę Jerzy Poprawa, zaś Jerzy Poprawa to Smuggler, a Wy nie udawajcie zaskoczenia. W skrócie tylko nadmienię, że jego pierwszym własnym komputerem był ZX Spectrum, pierwsze utwory wydrukował mu Świat Młodych, pióro ostrzył pisując do zinów (lubiącym więcej czytać polecam zapoznanie się z dostępnymi archiwami amigowego Fat Agnusa, szukajcie niejakiego Liftera). Pisał o grach m.in. dla Wydania Specjalnego Computer Studio. Niedoszły współpracownik upadłego Amigowca, redaktor w Commodore&Amiga. A potem już z górki, a to Centrala Rybna, a to szpital wojskowy, a to Leryx Longsoft, no i wreszcie CD-Action, ostatnimi laty również wydanie Retro.

Książka nosi podtytuł „Poniekąd autobiografia” i dobrze to oddaje jej zawartość. Podzielona jest na kilka części, poczynając od wstępu, poprzez lata młodości (czytaj lata 70-te i połowa 80-tych), okres komputerowy przed CD-Action i oczywiście szeroko opisane czasy „ekszynowe”. Na koniec znajdziemy wybrane wspomnienia i smaczki dotyczące EGM-a, Wrocławskiego Klubu Fantastyki, a nawet porady kulinarno-barmańskie.

Nie trzeba czytać chronologicznie. Jeżeli jesteście fanami CD-Action, zaczniecie zapewne od drugiej połowy. Ja, jako nudziarz, chłonąłem literki tradycyjnie od strony pierwszej do ostatniej. Lektura idzie sprawnie, bo autor porusza wiele tematów, więc siłą rzeczy wątki są krótkie. Nie występuje problem przypominania sobie, co robiliśmy w ostatnim save i na co teraz grindowaliśmy czy expiliśmy. Każdy podrozdział to w miarę niezależna historia.

Czy książka zawiera sensacyjne informacje o prasie komputerowej, redakcji CD-Action, skandalach itp., itd.? Raczej nie, choć z pewnością rzuca światło na niektóre wydarzenia z historii polskich czasopism komputerowych, Leryx Longsoft i samego CD-Action. Jak choćby temat pełnych wersji gier na płytach dołączanych do czasopism czy podejścia kolejnych właścicieli tytułu. Im więcej wiemy, tym pewnie mniej będzie odkryć wynikających z lektury. Nie można jednak powiedzieć, że liczba informacji i wątków rozczarowuje. Bynajmniej. Autor nie szczędzi przemyśleń, ubawień, wspomnień i ciekawostek. Nie popada w nadmierne dygresje, pisze konkretnie. Przedstawia zdarzenia i ich okoliczności, oczywiście ze swojego punktu widzenia i opatruje komentarzem z typową dla siebie swadą. Lubicie ją czy nie, ale znacie.

Grafologowie i grafolodzy niemal jednomyślnie potwierdzają – niewykluczone, że ten podpis mógł złożyć Mac Abra

Osobiście najbardziej przypadła mi do gustu pierwsza część książki. Może dlatego, że będąc z rocznika o cyfrze początkowej o jeden tylko większej niż Smuggler, kojarzę te zamierzchłe czasy i chętnie konsumuję treści je opisujące, ciekawy jestem perspektywy innych ludzi wtedy żyjących. Szczególnie tych, którzy nie odpadli w latach 90-tych przy okazji komputeryzacji, jak niektórzy rodzice, lecz wzięli udział w rewolucji komputerowej i stali się jej częścią. A w PRL-u żyli kilkanaście lat dłużej niż ja.

Najmniej trafiła do mnie część ostatnia – zawierająca wiele porad i przemyśleń. Czuć, jakby autor zaczął się spieszyć, bo zaraz pęknie szósta setka stron, a tu jeszcze tyle jest do powiedzenia. W odniesieniu do tej części z chęcią przyznam jej jednak dużego plusa za zwrócenie uwagi na tematy zdrowotne i opis własnych, nieraz nieprzyjemnych przeżyć. Dobrze, że raz na jakiś czas ktoś o tych tematach przypomina. I za to Smuggler u mnie zapunktował. Nie wiedziałem też, że jest tak wyrobionym kucharzem. Wcześniej z racji nicka łatwiej było wydedukować jego zamiłowanie do whisky.

Podsumowując: książkę czyta się szybko, lekko i przyjemnie. Widać, że autor preferuje krótsze formy pisarskie. Stąd to autobiografia wielowątkowa, a nie powieść. Bez łąk zielonych i umajonych. Nie ma przynudzania. Twarda oprawa kryje 550 stron czekających na przeczytanie. Wydaje się, że każdy znajdzie coś dla siebie. No i pomimo tylu wątków jest w tym jakiś porządek i logika.

Wrażenia? Podobało się. Moja ocena może być minimalnie zawyżona przez sentymenty, amigowe korzenie i fakt, że też ulegałem kalkulatorowym fetyszom (więcej o tym w książce). Widać wyznawców kalkulatorów było w PRL w epoce przedkomputerowej więcej. I zagrywałem się w K240. Coś w tym musi być.

Swoje trzy grosze dorzuci pod spodem Avok, który nie oparł się pokusie i też czytał „Nie podoba się…”. Pewnie najdokładniej część drugą, skanując ją w poszukiwaniu smaczków z historii CD-Action i prasy komputerowej. Ciekawe, co tam wygrzebał.

Ci, którym Smuggler zdążył nastąpić na odcisk, już wystawiają w recenzjach oceny 1 i 2. Bezkrytyczni fani piszą z kolei 10/10. Mój werdykt to solidne 7/10. Może nawet i pół więcej.

Dwa słowa by Avok:

„Nie podoba się, to nie kupuj” Jerzego Poprawy to najszybciej przeczytana przeze mnie książka w ostatnich latach. Lekki, autoironiczny styl autora sprawia, że kolejne rozdziały pochłania się błyskawicznie, a ciekawa tematyka tylko wspomaga syndrom „jeszcze jednej strony”. Oczywiście, mamy do czynienia z „tym” Smugglerem, a więc obligatoryjnie część jego poglądów, szczególnie światopoglądowych może Was wkurzyć. Mnie również podniósł ciśnienie parę razy gadkami w stylu „być dumnym z bycia Polakiem to to samo, co być dumnym że się ma rozmiar stopy 43,5”, ale uznałem, że w sumie „chwastów” jest niewiele, najwyżej się tych parę stron wyrwie 😉 Szkoda też, że Smuggi nie poszedł na całość we wszystkich kontrowersyjnych tematach, które porusza (donosy do US, (nie)porozumienie itp.), stąd bywa że czytamy o „osobnikach X”, „redakcjach Y” i „wydawcach Z”. W autobiografii? Po 30-40 latach? A hamulców jeśli chce to wcale nie ma, czemu dał wyraz w opisie relacji z EGM-em.

Niemniej książka i tak zawiera multum ciekawych informacji i zdjęć (fotek, szczególnie nie publikowanych wcześniej chciałoby się więcej), zarówno z PRL-owskich czasów młodości Jurka, jak i jego późniejszej pracy w branży. Dla mnie jako kronikarza „Nie podoba się, to nie kupuj” to prawdziwa skarbnica wiedzy, z której jeszcze przez dłuższy czas będę czerpał garściami. Tak łatwo nie odłożę ją na półkę. Generalnie świetna lektura, i w przeciwieństwie do Smugglera gorąco ją polecam! 🙂

Szef dzwoni, chce Ci powiedzieć, czego nie cierpi…
Prasowe wspominki – rozgrzewka przed częścią CD-Action

źródła zdjęć:
https://cdaction.pl
zbiory własne

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

4 Komentarze

  1. W oryginale parę razy było konkretnie kto zamiast „X” czy „Y” ale uznałem, że a) nie warto odkopywać starych waśni, b) nie uśmiechało mi się być pozywanym przez X czy Y. A kto wie, ten wie. 🙂

    1. …a pisząc o EGM trudno pisac o redaktorze X 🙂
      Dodam tez, ze mialem hamulce tu, bo pierwotnie ten rozdzial byl sporo dluzszy. Potem jednak uznalem po konsultacjach z pierwszymi czytelnikami z redakcji, ze to i owo jednak pozostanie wewnatrz redakcji.

      I naprawde nie rozumiem dlaczego mam byc dumny z tego ze urodzilem sie w jakims kraju. Zadna w tym moja zasluga. Ja uwazam, ze dumnym nalezy byc z tego, co sie samemu osiagnelo. Zreszta przytaczam tam tekst z nagrobka z cmentarza lyczakowskiego, pod ktorym sie oburacz podpisuje.

      1. Jeżeli chodzi np. o donosy do US to pamiętaj, że i Ty byłeś posądzany przez jednego rednacza o donoszenie do „skarbówki”. Sam Ci to mówiłem. A być może donosy na Was obu składała ta sama osoba, o której nie chcesz mówić 🙂
        Duma z bycia Polakiem, władania naszym językiem, życia nad Wisłą i posiadania tu korzeni to całkowity inny rodzaj dumy niż ta z własnych osiągnięć czy rozmiaru stóp. Nieważne że to nie moja zasługa, że jestem Polakiem, bardzo się cieszę że nim jestem. Nie chcę przerzucać się argumentami, bo to IMO nie ma sensu. Albo się to czuje, albo nie. I tyle.

      2. Nigdy w zyciu na nikogo nie zlozylem donosu.
        Moge byc zadowolony, ze urodzilem sie w Polsce (mozna trafic znacznie gorzej ale lepiej tez) ale nie nazwalbym tego „duma”. Jako Polak z urodzenia czuje wiez z Polska, nasza historia, flaga etc. Jasne. Ale to cos innego niz „duma”.