W latach 2021-2022 na łamach Pixela publikowano cykl „One Life Left” autorstwa Tomasza Kreczmara. Był to 16-stronicowy czarno-biały dodatek, w którym autor opisywał różne aspekty życia w czasach PRL. W sumie ukazało się kilkanaście odcinków. Dla mnie była to ciekawa i wciągająca lektura, bo jako boomer mogłem konfrontować osobiste przeżycia z tym, o czym pisał Tomek. Wiele spraw też mi przypomniał. Dlatego kiedy usłyszałem, że w 2023 roku wydał książkę o tej tematyce, zapragnąłem ją mieć. Udało się dopiero teraz, po roku, dzięki uprzejmości Sklepu Pixela.

I tym oto sposobem trzymam w dłoniach „Byłem geekiem w PRL-u” Tomasza Kreczmara, spory, liczący 406 stron tomik o wymiarach 26,5×20 cm. Jest to wydanie budżetowe, w miękkiej okładce, wydrukowane na standardowym papierze. Sama okładka jest w kolorze ale poza nią więcej barw, poza czernią i bielą nie uświadczycie. Wszystkie reprodukcje: zdjęcia, grafiki, skany pism, plakaty są czarno-białe, nawet jeśli oryginalnie były kolorowe. Jest to zabieg świadomy, więc może chodzi o podkreślenie stylu retro, nawiązanie do szarej komunistycznej rzeczywistości, a może po prostu wyszło taniej. Generalnie technicznie jest bez fajerwerków.
Podtytuł „opowieść o intelektualnej pożywce nerdów tamtych lat” dobrze oddaje zawartość książki. Na marginesie: prawie nikt z nas żyjących w tamtych czasach nie znał określeń typu „nerd” czy „geek”, mówiliśmy raczej „świrus”, „dziwak” albo „bzik”. Też ładnie 🙂 Wracając do meritum, zawartość tomu podzielono na siedem części, obejmujących media, literaturę, kino i komiks, a także gry i zabawy. Pokrywa to większość „intelektualnej pożywki”, z jaką mieli do czynienia ówczesne „dziwaki” 😉 Poszczególne dziedziny są opisane począwszy od czasów pionierskich, przedwojennych aż po PRL-owską rzeczywistość. Prezentowane są prototypy, modele, tytuły, ludzie, wydarzenia i ciekawostki, a wszystko to okraszono blisko tysiącem zdjęć. W efekcie otrzymujemy solidne kompendium wiedzy, lecz nie obawiajcie się nudy. Autor przeprowadza nas przez kolejne okresy raczej snując opowieść niż podając suche encyklopedyczne fakty.

To, czego mi jako fanowi komputerów i gier wideo brakuje w „Byłem geekiem w PRL-u”, to rozdziału o informatyce. A przecież byłoby o czym pisać, bo w latach 80-tych niewiele było bardziej geekowskich rozrywek od ślęczenia z kumplami przed telewizorem, wgrywania gier z kaseciaka i łamania joysticka na Boulder Dashu. A do tego przesiadywania godzinami na fliperach, czytania Bajtka, zakładania klubu miłośników Commodore, kupowania w „studiach komputerowych” i handlowania na giełdzie. O tego typu akcjach w książce nie przeczytacie. Znalazłem jedynie w „Technologiach PRL” zdjęcie komputera K-202 z jego konstruktorem (bez żadnego komentarza) i akapit o powstałych w Polsce językach programowania, a w innym miejscu małe zdjęcie ZX Spectrum obok opisu programu popularnonaukowego „Spectrum”. Strasznie mało. Na ironię zakrawa fakt, że największe zdjęcie na okładce przedstawia konsolę do gier Atari VCS, o której nigdzie nie ma żadnej wzmianki.
Czy zatem „Byłem geekiem w PRL-u” to pozycja warta polecenia? Jak najbardziej, z małym „ale”. Jeżeli wcześniej czytaliście „One Life Left” w Pixelu i oczekujecie czegoś nowego, srodze się zawiedziecie. Tu dostajecie w zasadzie to samo, praktycznie kopiuj – wklej [edit: zdaniem autora jest ok. 40% treści więcej niż w Pixelu]. W piśmie Micza składano tekst i zdjęcia na różne sposoby, zmieniano też formaty, by uatrakcyjnić treść. Tu jest wszystko wrzucone w szablon książki i tyle. Jedyną sensowną dodatkową zawartością jest rozdział „Bohaterowie”, który, jak mi się wydaje (aczkolwiek mogę się mylić), nie był drukowany w Pixelu. To leksykon pism i postaci, do których autor nawiązuje w książce. Notki są obszerne, ozdobione zdjęciami i ciekawie napisane, choć wybór postaci jest taki „od Sasa do Lasa”. Są m.in. Rosiński, Łysiak, Poe i Lovecraft, ale także Żuławski, Szulkin i Hermaszewski. A Lema nie ma.
„Byłem geekiem w PRL-u” to bogate źródło wiedzy dla każdego, starego i młodego, napisane w bardzo przystępny sposób. W chwili premiery okładkowa cena 79,90 zł w stosunku do wykonania była moim zdaniem zbyt wysoka, ale teraz, po obniżkach można się szarpnąć. Naprawdę warto.




źródła zdjęć:
https://skleppixela.pl/p/bylem-geekiem-w-prl-u-tomek-kreczmar
https://www.facebook.com/tomek.kreczmar

Załoga G i wszystko. Zawsze chciałem być tym białym.
– – – = = = OCEAN WSPOMNIEŃ = = = – – –
Avok, pisząc w powyższym artykule…
„Wracając do meritum, zawartość tomu podzielono na siedem części, obejmujących media, literaturę, kino i komiks, a także gry i zabawy.”
niejako zobligował mnie do zanurzenia się w oceanie wspomnień. Uczyniłem to z przyjemnością, nutką…
[https://www.youtube.com/watch?v=WQWxtrc5GiQ]
nostalgii też. Ale czy z faktyczną tęsknotą za tamtymi czasami? Nie jestem tak do końca przekonany.
Gdybym użył lepszego batyskafu pamięciowego, z pewnością odnajdowałbym więcej swego rodzaju skarbów wspomnieniowych z czasów słusznie minionych. Ale niech wystarczą te…
KOMIKSY
Pamiętam, że gdy byłem jeszcze uczniem podstawówki, miałem komiks „Ostatni Mohikanin”. Co najmniej jeden zeszyt o kapitanie Klossie. Oraz taki ze samolotem na lotnisku, na okładce. Coś o polskiej grupie antyterrorystycznej – nie pamiętam już tytułu.
[Napisałem już prawie całość, teraz dodaję śródtytuły i kwestie, które mi się przypominają oraz sortuję działy. Właśnie mnie olśniło – „Czarna róża”!
https://s.lubimyczytac.pl/upload/books/65000/65396/347306-352×500.jpg
Na okładce był samolot, a nie lotnisko. Swój pierwotny tekst jednak zostawiam.]
Komiksów miałem więcej, jednak ich tytułów nie jestem już w stanie sobie przypomnieć.
MULTIMEDIA
Miałem rzutnik „Ania” i z 30 kapsułek z przeźroczami. Strasznie się nagrzewał, góra była zawsze gorąca.
GRY
Na Pierwszą Komunię Świętą otrzymałem między innymi szachy. Miałem kieszonsolkę „Jajeczka”.
ZABAWKI
Miałem szczęście posiadać pełen wachlarz LEGO – od jednego zestawu „Duplo” aż po wiele „Technik”. Oraz całą swoistą bocznicę „H0 Piko” ze zwrotnicami ręcznymi i elektrycznymi. Dziadkowie otrzymali największą i najgrubszą książkę, jaką w życiu widziałem. Nie chcę skłamać, ale w pionie chyba z pół metra miała, a przynajmniej tak ją zapamiętałem. Na ogromnej kopercie czarnym mazakiem napisane było WARTOŚCIOWY KSIĄŻKA.
PRASA
Koledzy z klasy przynosili do szkoły magazyny z kotami w nazwie i oglądaliśmy je podczas przerw, komentując… owe. Poszczególne przymiotniki typu „ale…” zachowam dla siebie, to nie miejsce, by je przytaczać.
RADIO
Melodię – tiii… tuuu… turi ruri – turi ruri – tu tu tu – turi ru – turi ru – turi rururururu… – mam w uszach do dzisiaj.
[Krótko po PRL-u] Lubiłem słuchać – w radio – cyklu audycji, w których mówiono o tym, co aktualnie leci na „satelicie”. RTL, Sat1 itd. Jakiś taki lepszy świat to był. Kilka kwartałów później, oglądałem już owe kanały na „kablówce”.
TELEWIZJA
Wieczorem oglądałem „Smerfy” oraz „He-Man”. Pśibywaaaju moćiii! Czasem też „Było sobie życie”. W niedzielę (albo sobotę? nie pamiętam już) po południu leciały westerny. Jeszcze coś z kinem było – takie intro, że postać szła w prawo. W niedzielę (bodajże) oglądałem „Dynastię”.
Melodię – taaa… tarata tarara – taaa… tarata tarara – taaa… tarata tararara – raaaaaaa… – mam w uszach do dzisiaj.
Ekhm… zamiennika… tamtego „Teleranka” nie pamiętam, gdyż byłem jeszcze brzdącem.
No i co ze mnie wyrosło? Grafoman za dychę! []
Errata! Magazyny z kotami w nazwie oglądaliśmy podczas przerw lekcyjnych już po ’89.