Strona główna » Ciekawe artykuły » Gawędy po FAI #5

Gawędy po FAI #5


Czy wiecie, że w swej pierwotnej wersji automat popularnej gry PAC MAN miał nazywać się PUCK MAN? Nazwa została jednak zmieniona, bo co sprytniejsi młodzi amerykańscy wandale wydrapywali część literki „P” tworząc tym samym dość osobliwą wariację tej nazwy.

Kto jak kto, ale czytelnicy NEO> chyba wiedzą, że obok konsol i pecetów istnieją arcade’y. Każdy prawdziwy miłośnik gier chociaż raz w życiu przepuścił trochę ciężko zarobionego (na szczęście głównie przez rodziców) grosza na zabawę z wielkimi automatami ze szparkami na żetony. Wszyscy też zapewne wiedzą, że istotna część gier konsolowych najpierw pojawia się na automatach, a dopiero potem trafia pod strzechy w postaci cedeków czy kartridży. Przemysł gier arcade to wielka dziedzina całości rynku gier i obroty w nim uzyskiwane liczone są w setkach milionów dolarów. A jednak kasandrycznie wróżę mu dość rychły upadek…

Dawno temu było tak, że arcade’y stanowiły cudeńka techniki, na których prezentowano nowe gatunki gier. Dla starszego czytelnika idealnym przykładem będzie PONG (szokujący czarno-biały monitor o zastraszająco wszechpotężnej rozdzielczości kilkudziesięciu pixeli), dla młodszego VIRTUA FIGHTER 3 (kilka milionów trójkątów na sekundę i wszystkie znane dotąd bajery 3D). Zawsze pionierzy nowych technologii, zawsze kreatorzy nowych rodzajów rozrywki… A co dzieje się dzisiaj? Dzisiaj, drogie panie i panowie, dzieje się odwrotnie. Oto bowiem mamy przykłady gier, które najpierw pokazały się i odniosły sukces na sprzęcie domowym (konsoli), a które dopiero potem zostaną przeniesione do centrów rozrywki! Ba, dotknęło to nawet produktu pecetowego (oczywiście chodzi o QUAKE… Nawiasem rzecz biorąc to w sumie dziwne, że nikt na to nie wpadł wcześniej). Dochodzi nawet do takich bluźnierstw, że niektóre wielkie przeboje arcade’owe są robione na hardware konsolowym (TEKKEN 3, dla przykładu, chodzi na lekko tylko zmodyfikowanej PlayStation), a Intel proponuje, by przyszłością arcade`ów były spięte w sieć Pentiumy!

I teraz powstaje pytanie: po kiego grzyba płacić za każde kilkadziesiąt sekund grania, skoro za niewiele większą kwotę można mieć tego do woli? Przypatrzmy się, jak to funkcjonuje w Stanach. Zagranie w TEKKENA 3 kosztuje 50 centów, czyli pół dolara (gdzieniegdzie drożej, ale przyjmijmy wersję optymistyczną). Sama gra, która ukaże się już za miesiąc, będzie kosztować pi razy oko 50 dolarów. Czyli za 100 gier na automacie możemy mieć na własność TEKKENA 3 w domu tudzież katować go do bólu jak i kiedy chcemy. Ktokolwiek grał w bijatyki ten wie, że 100 gier można bez problemu wyrobić i w jeden dzień…

Jaki jest więc sens grania na automatach w gry, które niczym nowym nas nie zaskakują (ani rozwiązaniami technicznymi, ani czymś, co branża dziennikarska z lubością zwie oryginalnością), a na dodatek zżerają kasę szybciej niż PAC MAN groszki? Żaden, pominąwszy oczywiście takie rzeczy, jak chęć zaimponowania wziętej na randkę dziewczynie 25-hitowym combo w otoczeniu gromadki spoconych i podskakujących wielbicieli.

Na szczęście jednak producenci automatów mają swój rozum i wiedzą, że w takim razie trzeba zaoferować klientom nową jakość. A to symulatory jazdy na nartach mają… prawdziwe narty, a to strzelanie do duchów odbywa się w sterowanym hydraulicznie wózku, a to wreszcie pojawiają się prawie wiernie odwzorowujące rzeczywistość hologramy. Wciąż jednak Trocadero (słynny salon gier w Londynie) czy wspólna sieć Segi i DreamWorks (W USA) nie mogą się odnaleźć w świecie konkurencji konsolowo-pecetowej, i bazują bardziej na hard-core’owych fanatykach, niż masowym, przypadkowym odbiorcy.

Jakie jest więc najpewniejsze wyjście z sytuacji? Otóż w ciągu ostatnich kilku lat wiele firm próbowało wykorzystać modę na Internet i oferowało swoje serwery multiplayerowe w zamian za opłaty. A to za minutę, a to za tydzień, a to karta roczna… Nie pomogło, jedynym systemem, który daje zysk, jest system darmowego grania w zamian za zgodę na reklamy. Nikt nie czuł się dobrze wiedząc, że każda minuta grania kosztuje go kilkanaście centów więcej. I nie chodziło o koszmarne sumy, ale po prostu o sam fakt.

○ ile więc ceny gry na automatach nie zostaną przynajmniej drastycznie obniżone, możemy spodziewać się podobnego obrotu sprawy i zaniku arcade’ów. W idealnym systemie gramy za darmo, tylko np. między etapami zmuszeni jesteśmy obejrzeć reklamę. Pierwszą jaskółkę widzieliśmy w grze WIPEOUT, gdzie Psygnosis zezwoliło na nienachalną promocję Red Bulla.

Czy reklamy w grach to przyszłość i jedyna szansa na przetrwanie arcade’ów?

Adrian Chmielarz

Artykuł z pisma: NEO nr 5, 4/1998