Strona główna » Ciekawe artykuły » Tańcząc z piratami

Tańcząc z piratami


Z oczami utkwionymi w Falconie pogwarzyliśmy nieco z Tomaszem Mazurem – redaktorem naczelnym „Świata Atari”, oraz znanym wydawcą i dystrybutorem gier na komputery wszelakie.

Znamy Cię jako wydawcę wielu gier sygnowanych przez MIRAGE, oraz jako dystrybutora największych polskich producentów oprogramowania. Jak to właściwie jest z produkcją i handlem softwarem w Polsce?

– Och, jest różnie. Z jednej strony, są ludzie poświęcający masę czasu oraz wysiłku na napisanie gierki i dystrybutorzy dbający o rozprowadzanie produktu po kraju, którzy opłacają ich pracę. Z drugiej strony, są drobni piraci oraz rekiny żyjące z hurtowego piractwa, wystawiający rachunki, nie liczący się z niczym, którym wszystko jedno co będzie jutro, ważne jedynie, by dziś sprzedać to, co się da.

– Czuć w Twoim głosie rozgoryczenie, rozumiem, że chciałbyś po prostu dużo zarabiać?

– Każda firma powstaje po to, by zarabiać, ale to nie o to nawet chodzi. Napisanie i wyprodukowanie gry dużo kosztuje. Kupując grę piracką powoduje się, że pieniądze nie trafiają do rąk autora, tylko do rąk ludzi, którzy nigdy nie pomyślą nawet o powstaniu nowej gry. W ten sposób podcina się gałąź, na której się siedzi. Przecież gdyby nie polscy programiści, nigdy nie powstałyby tak dobre gry jak: KLĄTWA, OPERATION BLOOD czy ELECTROBODY.

– Jednym słowem, czekasz na Ustawę o prawie autorskim?

– Ustawa na pewno poprawi sytuację. Nie będzie już tak łatwo handlować kradzionym towarem. Dziś wystarczy wejść do byle jakiego „sklepu” czy „studia komputerowego”, gdzie stoją nasze produkty i zapytać, dlaczego handlują cudzą własnością? Odpowiedź jest zwykle podobna: Panie, ja mam tańszego dostawcę. Nie bądźmy śmieszni, przecież obecna cena legalnej gry to około 30 tys. zł, to nie jest dużo. Naprawdę trudno zgodzić się z „tekstami” giełdziarzy mówiącymi, że oni robią dobrze, bo w ten sposób każdego stać na każdy program, a ceny oryginałów są wysokie. Ceny zachodnich oryginałów rzeczywiście są wysokie. Wynikają one z innych kalkulacji (kapitalistycznych – red.), choć przyznać trzeba, że są one i tak znacznie niższe niż na Zachodzie. My pracujemy na minimalnych marżach, nasi partnerzy z Holandii wręcz pojąć nie mogli, dlaczego w ogóle chce nam się to robić. Tak przy okazji, to polskie programy całkiem nieźle się sprzedają na zachodzie. Jeżeli nadal będzie się bezkrytycznie podchodzić do tematu, to pewnego pięknego dnia będziemy zmuszeni podziękować naszym autorom za dalszą współpracę, a potem nie będzie już nic, np. na małe komputery.

– Powiedz coś bliższego o autorach polskich gier.

– Są praktycznie cztery grupy autorów. Do pierwszej zalicza się amatorów, którym coś w duszy gra i próbują swoich sił. Najczęściej ich programy nie nadają się do sprzedaży, z racji wielu błędów czy pewnych prymitywizmów, wynikających z braku odpowiedniej wiedzy. Druga grupa to „wolni strzelcy”, nieźle znający sprzęt, piszący w domu, którzy przychodzą z gotowym produktem szukając zbytu. Wiele programów na rynku pochodzi właśnie od nich. Trzecia grupa to grupy koderskie, zwykle piszące większe rzeczy. Ktoś robi muzykę, ktoś inny grafikę, jeszcze inny koduje. Zwykle rekrutują się z „wolnych strzelców”, widzących interes we wspólnym działaniu. Ostatnia grupa to profesjonaliści, żyjący z tego zajęcia i piszący przede wszystkim dla pieniędzy. Są oni najlepsi, stąd często zasilają szeregi wydawnictw. Z tą grupą jest najgorzej, bowiem ci ludzie nie są hobbystami, oni z tego po prostu żyją i jeżeli nie będzie czym im zapłacić, to zmienią zawód.

– Na jakie komputery pisuje się aktualnie programy?

Szkoplandia – kraina położona gdzieś na zachód od rzeki Odry 🙂

– Pomijając PeCety, bo to jakby oddzielny temat, pisze się prawie na wszystko, choć nierównomiernie. Najwięcej gier powstaje na małe Atari, może dlatego, że ten rynek jest najstarszy i najbardziej chłonny. Kiepsko wygląda Commodore, nie ma chętnych do tej roboty, osobiście martwię się o przyszłość tego fajnego komputera. Zachód już się z niego wycofuje na całym froncie. Jeszcze dwa, trzy miesiące temu, w ofertach dużych wydawców było po kilkanaście nowości, dziś jedna, góra dwie i koniec. Jeżeli nie uda się w miarę szybko rozkręcić produkcji na ten sprzęt, to może on wpaść w podobny dołek, w jakim było Atari rok temu. Nieźle się dzieje już z Amigą, przy okazji powiem, że część gier atarowskich powstaje na Amidze. Natomiast na Atari ST ukazał się niedawno INKAUST – doskonałe narzędzie do obróbki gotowych tekstów. W testach porównawczych okazało się, że posiada on najlepszy słownik ortograficzny oraz algorytm dzielenia wyrazów, czym bije na głowę porównywalne odpowiedniki z PeCeta i Macintosha. Trudno się dziwić – powstawał dwa lata!!!

– Zmieniając nieco temat, widzę na warsztacie trzeci numer „Świata Atari”. Pozwolisz, że zadam dość przewrotne pytanie: do kogo adresowane jest to czasopismo w tych „trudnych” czasach dla tego komputera?

– Dlaczego od razu w trudnych. Atarynka w Polsce miewa się dobrze, powstaje sporo oprogramowania, ludzie w nią wierzą! Poza tym, pismo zajmuje się niemal całą paletą produktów firmy Atari, poczynając od XL/XE, przez ST/STE, Portfolio do Falcona. Jak widać, brakuje rzetelnie i atrakcyjnie prowadzonego tytułu z tej dziedziny – mamy ambicję wypełnić tę lukę na rynku. Z niejaką nieśmiałością przyznaję, że pomiędzy ukazaniem się pierwszych dwóch numerów miała miejsce niejaka przepaść czasowa, ale ten problem mamy już za sobą.

– Patrząc na oba numery widzę ogromny skok jakościowy: poprawiona została atrakcyjność pisma i jego szata graficzna…

– Pierwszy numer powstał na wariackich papierach, był składany i łamany na Macintoshach. To niby dobry sprzęt, ale bez człowieka – operatora, sam komputer atrakcyjnego pisma nie zrobi. Dlatego też drugi numer, choć też na wariata, opracowaliśmy sami na Atari TT w systemie Calamus SL.

– Wybacz, że wskakuję Ci w słowo, ale wierzyć mi się nie chce, że takie bajeranctwo można zrobić na ST!

– ST czy TT to naprawdę dobre komputery w swojej klasie cenowej, szkoda tylko, że tak szybko zostały porzucone przez matkę Pszczołę. Wracając do tematu, zamierzamy zaprząc też Falcony do pracy, a one, to potrafią…

– Twoje ostatnie słowo?

– Leży mi na sercu przyszłość polskich graczy, szczególnie tych mniej zamożnych, którzy nie mogą się przesiąść z dnia na dzień z ośmiobitowca na PC 386. Do nich właśnie skierowana jest nasza oferta. Nie warto zaoszczędzić pięciu czy dziesięciu tysięcy złotych na kupnie pirackiej kopii dziś, bo jutro może nie być już nic więcej do kupienia. I na koniec: chętnie nawiążemy współpracę z każdym kto chce (komu się chce – red.) pisać gry i inne programy na nasz rodzimy rynek.

Rozmawiali: Waldemar Nowak i Marcin Przasnyski

Artykuł z pisma: Secret Service nr 4, 7-8/1993