Gawędy po FAI #6
Pogawędzimy dziś o wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy, czyli o wyższości serii VIRTUA FIGHTER nad serią TEKKEN. Okazja jest znakomita, bo niedawno w Japonii wyszedł TEKKEN 3 (w USA kilka dni temu) na PlayStation, a w arcade’ach od kilkunastu ledwie tygodni oblegany jest VIRTUA FIGHTER 3 TEAM BATTLE.

Rozjaśnijmy sobie nieco sytuację, bardzo lubię obie gry. Uważam że TEKKEN jest najlepszą bijatyką jaką oferuje Sony, a VITUA FIGHTER jest koroną Saturna (FIGHTER’S MEGAMIX to równie cudowna gra, ale skupmy się na czystych przedstawicielach gatunku). Jednak kiedy ktoś pozostawiłby mnie pod ścianą, bez wahania wybrałbym VIRTUA FIGHTER jako tę jedyną…
Rozpocznijmy zaskakująco: TEKKEN jest bez wątpienia grą dużo bardziej efektowną niż VIRTUA FIGHTER. Gorejący zielonym światłem miecz Yoshimitsu, ogień z paszczy True Ogre czy też głaskanie prądem przez staruszka Heihachiego są wizualnie bez zarzutu, ba, są miodem dla oczu spragnionych rzeczy spektakularnych. Podobnie jest z dźwiękiem: krab założony przez Kinga po trzecim All’s Kick, czy też beztroskie łamanie kości przez Ninę mogą stać się powodem moczeń nocnych co wrażliwszych graczy. Kiedy porównamy to z VF, bez trudu ujrzymy ubóstwo tej ostatniej. Prawie ten sam odgłos uderzenia pięścią przez całą grę, praktyczny brak efektów świetlnych i dość topornie skonstruowane postacie nie przynoszą chluby mojej ukochanej.
TEKKEN posiada więcej takich rzeczy, których nie ma VIRTUA FIGHTER, ale te już są jego wadą. Na przykład liczba ciosów: co z tego, że w TEKKENIE można robić reversale do reversali (dla laików: reversal to przechwycenie ciosu przeciwnika i szybka odpowiedź czymś własnym), skoro gra jest tak szybka, że wyjdzie to raz na milion (a i ta nagroda za udaną akcję jest mniejsza niż zwykły blok i rozpoczęcie choćby juggle’owania). Albo co z tego, że TEKKEN ma kilkanaście postaci, skoro i tak gra się kilkoma (kto przy zdrowych zmysłach będzie grał tym knypkowatym dinozaurem?). Albo wreszcie co z tego, ze TEKKEN 3 ma Force Mode i Ball Mode, kiedy oba te tryby to bardziej tombakowa błyskotka niż prawdziwy klejnot…

Wiadomo jednak, że nie efektowność, liczba ciosów czy postacie decydują o jakości i grywalności bijatyki. Czynnik, według których ja oceniam miodność produktu, to umiejętność odwzorowania prawdziwej walki. Im bliżej tego, żeby z wrażenia polała mi się prawdziwa krew z nosa, tym lepiej. TEKKEN robi to wszystko gorzej niż VIRTUA. Po pierwsze, trudno mi uwierzyć, że Turniej Żelaznej Pięści mógłby mieć kiedykolwiek miejsce. Na litość boską, mamy tu cyborga z pistoletami w ramionach (Gun Jack), facetkę walczącą w szpilkach i wyjściowej sukni (Anna), koleżkę wystruganego z drewna (Mokujin czy inna cholera). W VIRTUA FIGHTER walczą prawdziwi wojownicy, a nie postacie z nadaktywnej wyobraźni twórcy. Ich motywacje wydają się być prawdziwe, a ruchy możliwe do naśladowania. Ktoś jednak mógłby powiedzieć: „Zostaw dziwne postacie, w TEKKENIE jest mnóstwo normalnych: Lei, King, Law…”. Ja na to, że po drugie…
…to tylko VF udaje się wiernie i do końca oddać klimat prawdziwej walki. Każdy ruch jest dla przeciwnika niespodzianką, a nie odgrzewanym 10-hit-combo kotletem. Postacie są lepiej wybalansowane (w TEKKENIE są postacie wyraźnie mocniejsze i słabsze). Przeciwnik nie jest puchową poduszką, którą można bez końca podrzucać w powietrzu. Wyraźniej czuć fizykę postaci, każdy cios, każdy rzut. Nie ma nieblokowalnych ciosów, 100% kombosów, przebiegania przez przeciwnika i rozbłysków po counterattack’u…
Mój Akira nie strzela fireballem z dupy. Wolę VIRTUĘ i żadne prześliczne prądy Heihachiego nie są w stanie tego zmienić. TEKKEN jest efekciarski, VIRTUA prawdziwa. Będę grał namiętnie w obie gry, ale kochać będę tylko jedną…
Adrian Chmielarz
Artykuł z pisma: NEO nr 6, 5/1998
