Dwa lata czekaliśmy na kolejny numer magazynu miłośników Pegasusa – Pegagruz. Robiony przez społeczność i współpracowników forum Contrabanda.eu, pojawił się w sprzedaży 1 sierpnia br. W stosunku do poprzednika przytył o 20 stron i liczy ich teraz 124. Wszystko w pełnym kolorze, na papierze kredowym i za 60 zł (plus wysyłka). Kupujecie? Ja kupiłem.
Pismo podzielone zostało na kilka działów. Znajdziecie tu recenzje starych i nowych gier na Pegasusa, felietony, mega relację z ubiegłorocznego zlotu FamiCON 17, rubryki techniczną i rozrywkową. Teksty opatrzone są dużymi zdjęciami i drukowane w większości na kolorowych tłach z gier (czego ja akurat osobiście nie lubię). Do tego mamy ramki, ozdobniki, grafiki wrzucane pod różnymi kątami itd. Wszystko to wygląda estetycznie i profesjonalnie, widać że daf ma nieźle DTP opanowany.

W numerze zrecenzowanych zostało 13 starych i 6 nowych tytułów. Ponadto mamy 5 mini recenzji produkcji osadzonych w klimacie westernu. Wszystkie gry poza jedną (Neva na Switcha) da się oczywiście odpalić na platformach NES / Famicon / Pegasus. I o ile wśród starszych tytułów autorzy nie wahali się recenzować zarówno hity (Time Diver Avenger, Mario Bros., The Flintstones: The Surprise at Dinosaur Peak!) jak i gnioty (The Adventures Of Rocky And Bullwinkle, The Wing of Madoola), tak wśród nowej fali skoncentrowali się tylko na dobrych grach. Nie wiem, może złych się teraz nie robi (choć w jednym z felietonów przeczytałem, że owszem, robi się). Faktem jest, że niektóre z prezentowanych tytułów (Former Dawn) wyglądają, jakby pochodziły 16-bitowych.
Recenzje w Pegagruzie mógłbym określić jednym słowem: staroszkolne. Długie, nawet bardzo długie, objaśniające szczegółowo fabułę (jeśli jakaś jest), sterowanie i mechanikę. Nie szczędzące miejsca na opisy poszczególnych etapów, grafiki i muzyki. Raczące nas ramkami z ciekawostkami, opisami broni, znajdziek i sekretów. A wszystko to w bardzo kolorowej, gryzącej oczy, pixelowej szacie graficznej. Powiem tak: takich recenzji już się teraz nie robi. Ale to nie znaczy, że są złe. Czuć w nich pasję ich autorów, miłość do gier, chęć powiedzenia o danym tytule wszystkiego, nawet to, czego nie trzeba. Zresztą każdą recenzję kończy oceniaczka z podsumowaniem i bazującymi na tekście plusami i minusami. To jest coś, o czym często panowie z „poważnych” magazynów zapominają.

Publicystyka ulokowana została w dziale „Felietony”, ale niech Was nazwa tej rubryki nie zmyli. Owszem, są tu klasyczne krótkie felietony, zatytułowane wspólnie „kartka z kalendarza”, w których autorzy wspominają stare dobre czasy i tytuły, które zapadły im w pamięć. Większość jednak materiałów to duże, tematyczne kilkustronicowe artykuły, zasługujące na miano „poważnej” publicystyki. Znajdziecie wśród nich m.in. historię komputera PC-98 i rękawicy Power Glove, poradnik zakupowy w Akihabarze, artykuł o cenzurze gier na NES-a, a także wspomnienia kolekcjonera z lat 90. i starych pegasusowych forów (na osiem stron!). Na deser dostajemy relację z ubiegłorocznego zlotu FamiCON 17 – fajny materiał, pokazujący ekipę ContraBandy nie tylko jako grupę miłośników retro gamingu, ale przede wszystkim paczkę przyjaciół – z wszystkimi tego konsekwencjami 😉
Całości pisma dopełniają pozostałe niewymienione przeze mnie teksty, krzyżówka, listy, concept arty i garść reklam. Tyle. Myślę, że super to wyszło. Oczywiście, zawsze parę rzeczy można było zrobić lepiej. Ja na pewno w niektórych miejscach postawiłbym w innym miejscu przecinki, parę sformułowań skleciłbym inaczej i mocniej zwracał uwagę na literówki i powtórzenia. Ale to są detale, nie mające wpływu na końcowy pozytywny odbiór magazynu.
Świetny druk, świetne teksty i świetni autorzy. No i czterech redaktorów naczelnych, więc nie mogło się nie udać 🙂 Polecam czwartego Pegagruza z całego serca. . Śpieszcie się, jeśli jeszcze go nie nabyliście, bo, jak zdradził mi wydawca Paweł Fliegel, zostało tylko 30 sztuk…




źródła zdjęć:
Pegagruz nr 4, 1/2026


W opisie zdjęć raczej powinno być przednia i tylna okładka, bo są odwrotnie :>
A tak to polecam, pozdrawiam!
„W stosunku do poprzednika przytył o 20 stron i liczy ich teraz 124. Wszystko w pełnym kolorze, na papierze kredowym i za 60 zł (plus wysyłka).”
Rozumiem, że papier kredowy podbija cenę, liczba stron też ma wpływ, nie wspominając już o tym, że nie jest to nakład ogólnopolski (jak w przypadku kwartalnika oraz miesięcznika), więc koszty druku są większe, jednakże i tak uważam, że ta cena jest wysoka.
„Zresztą każdą recenzję kończy oceniaczka z podsumowaniem i bazującymi na tekście plusami i minusami. To jest coś, o czym często panowie z „poważnych” magazynów zapominają.”
Hehe.
„Ja na pewno w niektórych miejscach postawiłbym w innym miejscu przecinki, parę sformułowań skleciłbym inaczej i mocniej zwracał uwagę na literówki i powtórzenia. Ale to są detale, nie mające wpływu na końcowy pozytywny odbiór magazynu.”
Mające, mające. In plus, rzecz jasna. O czym właśnie obok wspomniał Mic de Goc.
„Świetny druk, świetne teksty i świetni autorzy. No i czterech redaktorów naczelnych, więc nie mogło się nie udać”
Dlaczego aż tylu? Ogromniasty „CD-Action” ma tylko jednego. To znaczy redaktora prowadzącego. No ale Moraś sam w sobie jest tylko jeden. A daje radę. Ogromny „PSX Extreme” także ma tylko jednego naczelnego. W postaci Rogera. Który także targa ze składaniem. „Game Again” też ma jedynie jedną szefową. Ogarniającą wszystko.
Ma jednego redaktora naczelnego, bo to jest jego główne pełnoetatowe zajęcie, a nie hobbistycznie wykonywana praca w czasie wolnym.
To jest oczywista oczywistość. Przy czym (jak wyżej napisałem) Moraś daje sobie doskonale radę, stojąc przy sterze. Tymczasem „CD-Action” (w sensie magazynu) jest o wiele większym przedsięwzięciem – pod bodajże wszystkimi względami – niż „Pegagruz”.
Zatem dziwi mnie, dlaczego ta druga pozycja ma aż czterech (!) sterników. Ale właśnie przestało, gdy uświadomiłem sobie, że może to jest… tak po prostu. Z jakichś powodów. Może tego, że każdy z nich ma równie (albo bardzo porównywalnie) duży wkład w ten magazyn, że stanowią zgraną paczkę od dekad, że… tak to sobie wymyślili (do czego wszak mają prawo).
Kwestia hobby. „Pegagruz” jest czymś nader innym niż „amaZINg” (choć owemu marzy się druk, więc jak można mniemać – w pewnym sensie – docelowo opuszczenie szuflady z napisem HOBBY; od dawna tak to widzę). Generalnie nie ma darmowych obiadków. Takie czasy.
Ciężko odpowiedzieć, „dlaczego”. Po prostu – chyba tylko dlatego, że możemy. W czwórkę koordynujemy powstanie tego zinu, a więc postanowiliśmy sobie, że wszyscy będziemy naczelnymi i tak to się kręci od tych dwunastu lat. Trochę dla beki, a trochę dla zasady.
Zatem jest to ta, z moich opcji domysłowawczych (jest takie słowo?), które brałem pod uwagę…
„Może tego, że każdy z nich ma równie (albo bardzo porównywalnie) duży wkład w ten magazyn”
Czyli coś tam mi jednak mózg czasem pracuje.
No właśnie ani zwiększona liczba stron, ani grubszy papier, ani użycie dodatkowego lakieru na okładce nie podbiły ceny, bo ta – w stosunku do poprzedniego numeru sprzed 2 lat – pozostała niezmienna i trochę się tym nawet szczycimy. A czy jest ona wysoka, czy „normalna”…? Ciężko powiedzieć. Takie już ceny zastały nas w drukarniach i my to szanujemy.
Chodziło mi o sam fakt użycia takich – dość wysokich – parametrów. Oraz wpływ tegoż na cenę magazynu (drukowany „Game Again” także z wysokiego C mierzy, co również przekłada się na konkretniejszy wydatek).
Co, gdyby za miesiąc „PSX Extreme” wyjechał (ogólnie i z drukarni) z takimi właśnie parametrami? Gdyby Roger we wstępniaku do #349 napisał…
„(…) jeszcze grubszy papier, piękny lakier na okładce (…)”
Już by raczej nie było… 24,99 zł, tylko… hmmm… o dychę więcej? Jest jeszcze kwestia wpływu wielkości nakładu na cenę druku.
Jeszcze trochę i będziecie się ścigać z „Game Again”. To znaczy ów będzie Was doganiał. Nakładowo. Popytowo zarazem (tu jest inna skala niż u kwartalnika i miesięcznika, zatem proporcje są nieporównywalne, sprzedaży do nakładu). O tempora, o mores (w pozytywnym tych słów znaczeniu)! Dzieje się!
„Takie już ceny zastały nas w drukarniach i my to szanujemy.”
Damn it! Wy nie macie szanować cen w drukarniach, tylko macie szanować Waszych Czytelników!
Żartuję! Taka odpowiedź sama mi się nasunęła, a wydała się na tyle durnowatą, że musiałem ją tutaj dać (tak tu ze mną jest).
Osoby naczelne/redaktorskie magazynów growych, które tutaj ze mną pisały (alfabetycznie)…
-Adam Piechota („PSX Extreme”)
-BlackRose („Game Again”)
-def („Pegagruz”)
-Moraś („CD-Action”)
-Smuggler („CD-Action”)
W związku z tym… dobra, nieważne. Chciałem oznaczyć tutaj naczelnego „EDGE” (pisząc, że hey, how are you i żeby mi odpisał), ale nie mam pewności, kto jest nim obecnie. Sami zobaczcie, jak tam się zmieniało.
„In October 2003, the then-editor of Edge, João Diniz-Sanches, left the magazine along with deputy editor David McCarthy and other staff writers.[7] After the walkout, the editorship of Edge passed back to Tony Mott, who had been editor prior to Diniz-Sanches. The only team member to remain was Margaret Robertson, who in 2006 replaced Mott as editor.[8] In May 2007, Robertson stepped down as editor and was replaced by Tony Mott, taking over as editor for the third time.[9] Alex Wiltshire was the magazine’s editor from May 2012 to March 2013,[10][11] followed by Nathan Brown. Jen Simpkins took over the editor’s role from Nathan Brown in April 2020.[12]”
https://en.wikipedia.org/wiki/Edge_(magazine)
Dobrze, że u nas nie było takich zawirowań w kwartalniku.
Errata!
Oczywiście miałem napisać daf, a nie def (źle mi się zapamiętało nick, który od niedawna dopiero mam przyjemność znać; ale po co sprawdzić kilka komentarzy wyżej, nie? no taki roztrzepany ja, czasem). Proszę o wybaczenie.
No i znowu się rozpisałem. Ale tak już mam, że gdy ktoś z redakcji (dowolnego) magazynu growego tutaj zawita, to gdybym był psem, to bym machał ogonem i biegał w kółko.
Moraś już 256 lat tutaj nie pisał. Tak samo Adam Piechota. To znaczy z tymi latami to trochę mi się przesadziło.
Podziwiam ludzi, którzy w czasach najnowocześniejszych komputerów i konsol chcą pisać o grach na tak stary sprzęt. Faktycznie prawdziwa pasja. Jeżeli trafiają im się drobne błędy, to też świadczy tylko o tym, że nie korzystają z AI podczas tworzenia tekstów, za co również szacun. Mnie nigdy nie było po drodze z Pegasusem, grałem wtedy na C64, ale może sięgnę kiedyś po tą gazetkę, bo pewnie większość opisywanych gier można puścić na emulatorze i dobrze się przy nich bawić.
Aktualny „Pegagruz” może się poszczycić, że ma…
„– nakład w ilości 150 sztuk, a więc nie zwlekaj!”
Aczkolwiek…
„Każdy kto zamówi 2 egzemplarze lub więcej, otrzyma od nas mały gadżet-niespodziankę. „
Rozumiemy zaistniałość.
https://contrabanda.eu/pssst-chcesz-troche-pegagruzu
…
Wczoraj przypadkowo poznałem (ot, z czyjegoś komentarza), jak idzie innemu wydawnictwu. Nooo, uważam, że konkretnie. Nie napiszę nazwy owego, gdyż nie w tym rzecz, a sama ta informacja (IMHO) nie powinna była ujrzeć światła dziennego, więc nagłaśniać jej nie zamierzam (jedynie nakreślam temat). Owszem, o poziomie sprzedaży specjala „ARHN.eu” swego czasu pisałem tutaj, gdy Arhon „wycieknął” tę informację. No ale – do stu klawiatur! – to jest jego magazyn, więc (chyba) ma prawo mówić o jego cyferkach.