Clive Townsend wydaje się być bardzo sympatycznym gościem. Przynajmniej tak wnoszę po lekturze książki “Historia gry Saboteur!”. Sympatycznym i utalentowanym, bo choć dziś trudno szukać jego nazwiska na liście płac wielkich gier AAA, to cały czas tworzy, pomaga i współpracuje w ramach różnych projektów. Ale po kolei.

Do wydania recenzowanej pozycji przymierzało się swego czasu wydawnictwo Idea Ahead, uruchamiając nawet zbiórkę w serwisie crowdfundingowym, ale tamta historia nie doczekała się szczęśliwego zakończenia. Lepiej poradziła sobie niedawno powstała spółka Nordberg, choć i tu nie obyło się bez małego poślizgu. Najważniejsze jednak, że książka ukazała się już na rynku i spokojnie można dorzucić ją do swojej biblioteczki.
A muszę przyznać, że prezentuje się bardzo dobrze. Średniej wielkości format, twarda oprawa, szyte strony i dobrej jakości papier przekładają się na fantastyczne pierwsze wrażenie. Gdy zaczniemy przerzucać kartki, naszym oczom ukaże się cała masa zdjęć… i trochę mniej tekstu. Chociaż jest co poczytać to na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest tu więcej grafiki niż treści. Nie do końca jest to prawda, ale do tego jeszcze dojdę.
Najpierw jednak chciałbym zwrócić uwagę na tytuł – “Historia gry Saboteur!”, który może być nieco mylący. Jasne, znajdziemy tu masę zrzutów ekranu i informacji o losach tytułowej produkcji, a także o dwójce, trójce, spin off-ie, prequelu, a nawet pomysłach na piątkę, szóstkę, siódemkę… czy reedycjach. Są porównania wersji na różne platformy, garść szczegółów z produkcji i trochę o inspiracjach. I fajnie. Ale Saboteur jest tu trochę jak motyw kosmitów w “Z archiwum X”. Jest wątkiem głównym, który pojawia się dość często, ale stanowi tylko procent całości. Nie jest nawet większością, a wycinkiem.

Książka skupia się na zainteresowaniach i całej twórczości autora. Od jego wspomnień z dzieciństwa, przez fascynacje ninja, po pierwsze gry. Te początkowo powstawały na systemy ośmiobitowe (i miłość to tego okresu czuć przez całą lekturę), ale nie brakuje także produkcji na inne systemy, jak PC, Game Boy’e czy telefony komórkowe. Wszystko opisane zostało chronologicznie. Ale nie tylko o grach poczytamy. Townsend w swojej karierze pracował również nad stronami internetowymi, aplikacjami biznesowymi i cyfrowymi grami paragrafowymi. To wszystko tu jest. Od gier o ninja po gry z cyklu X-Factor na telefony. Ba, wspomniane są nawet aplikacje wyświetlające np. cytaty z Biblii. Możemy też poznać inne fascynacje autora. Czy wspominałem już o ninja? A poza tym, jak przystało na zbieracza, posiada on sporą kolekcję sprzętu elektronicznego, książek oraz filmów (VHS, DVD). No i uwielbia Batmana. I rysowanie, a nawet malowanie. Próbki tych prac także tu znajdziemy.
Książka napisana jest w lekkim stylu, z subtelną dawką humoru. Trochę jak posty na forum. Z tym, że tutaj każdy tekst opatrzony jest solidną dawką zdjęć. Gdy opisywane są gry, to zazwyczaj ich charakterystyka rozpoczyna się od kilkuzdaniowego streszczenia fabuły, a dopiero potem serwowane są ciekawostki z produkcji. Opisy zwykle są zwięzłe, ale nie są to żadne wypełniacze. Od czasu do czasu pojawiają się dłuższe teksty np. wspomnienia studiów czy relacje z jakichś wydarzeń. Jak choćby z takiego jak Pixel Heaven, na którym Townsend był gościem, i to niejeden raz. W takim wypadku autor rozpisuje się nieco bardziej, wspominając event, poznanych ludzi, pogodę, a nawet trunki. Nazwa naszej rodzimej marki wódki pada kilka razy.

Co ciekawe, nie wszystkie produkcje, o których możemy poczytać w “Historii gry Saboteur!”, ukazały się na rynku. Kilka z nich pozostało tylko w pamięci autora i zniknęło w mrokach dziejów… albo raczej szufladach zamkniętych biur. Niektóre opisane programy nie były w stu procentach dziełami Clive’a. Czasem to tylko jakiś system kompresji, innym razem ekran ładowania. Wspomina też o rzeczach, przy których w ogóle nie pracował. Ot, chwali się prezentami, które dostał od fanów. W książce znajdziemy także przedruki reklam, recenzje z magazynów o grach komputerowych, a nawet mapy sporządzone przez miłośników gier.
Podsumowując, materiałów jest mnóstwo i przyjmują one różnoraką formę. Ta książka to nie tylko Saboteur, choć jest to seria, która stanowi motyw przewodni, a bardziej Clive Townsend w całej swej skromnej osobie. Fascynat, miłośnik gier i technologii oraz totalny świr na punkcie pikseli i ninja. Ale taki pozytywny, którego chce się poznać. Lektura książki dzięki swojej formę mija błyskawicznie, jest ciekawa i dzięki temu, że jej autorem jest programista kryje w sobie dawkę technicznych ciekawostek. Ale spokojnie, wszystko jest podane w prosty i łatwy do zrozumienia sposób. “Historia gry Saboteur!” jest w pewnym sensie świadectwem historii, zmieniających się technologii, gustów i potrzeby adaptacji do zmian. Ale przede wszystkim jest opowieść o kimś kto kocha to co robi, cały czas się tym bawi i czerpie z tego frajdę. I może dzięki temu tak dobrze mi się ją czytało.
Dziękujemy firmie Nordberg (https://nordberg.com.pl/) za udostępnienie książki.







źródła zdjęć:
https://nordberg.com.pl
zbiory własne


„Do wydania recenzowanej pozycji przymierzało się swego czasu wydawnictwo Idea Ahead, uruchamiając nawet zbiórkę w serwisie crowdfundingowym, ale tamta historia nie doczekała się szczęśliwego zakończenia.”
Owa zrzutka nadal wisi i się kisi.
https://zrzutka.pl/cyhyug
„Jasne, znajdziemy tu masę zrzutów ekranu i informacji o losach tytułowej produkcji, a także o dwójce, trójce, spin off-ie, prequelu, a nawet pomysłach na piątkę, szóstkę, siódemkę… czy reedycjach.”
Serio? Aż tyle tych pozycji miało wyjść?
„Wspomina też o rzeczach, przy których w ogóle nie pracował. Ot, chwali się prezentami, które dostał od fanów. W książce znajdziemy także przedruki reklam, recenzje z magazynów o grach komputerowych, a nawet mapy sporządzone przez miłośników gier.”
A to już jest nader (że tak powiem) słodkie.
„Ale przede wszystkim jest opowieść o kimś kto kocha to co robi, cały czas się tym bawi i czerpie z tego frajdę. I może dzięki temu tak dobrze mi się ją czytało.”
W rzeczy samej!