Do tej pory do Łodzi przyciągali mnie Sting, Shaggy, Lenny Kravitz, Nick Cave, George Ezra i dżentelmeni z The Offspring. Tym razem do łódzkiego Centrum Komiksu i Narracji Interaktywnej (EC1) nie przyciągnęły mnie gwiazdy estrady, ale Festiwal Gier Dawnych i Niezależnych, czyli Bit Boat v2. W połowie marca tego roku zamieściliśmy na łamach Zapachu Papieru zapowiedź tego wydarzenia. Teraz przyszła pora powiedzieć „sprawdzam” i napisać kilka słów o tym, jak to się wszystko potoczyło, chociaż może lepiej użyć słowa „pogalopowało”. Niestety ze względu na ograniczenia czasowe mogłem uczestniczyć tylko w pierwszym dniu imprezy, więc skoncentruję się na tym, co zobaczyłem i doświadczyłem podczas sobotniej wycieczki do dawnej stolicy polskiego włókiennictwa.

Tegoroczna, druga edycja, która odbywała się w dniach 25-26 kwietnia 2026, była imprezą zorganizowaną przez firmę Dobre Komputery i Sery sp. z o.o. wraz z pabianicką Fundacją Promocji Retroinformatyki „Dawne Komputery i Gry”. Trudno mi porównać ją z pierwszą odsłoną, ponieważ w niej nie uczestniczyłem, ale mogę odnieść się na przykład do wrocławskiego Games & Vintage Days czy oleśnickiego Pixelove Ole. Start zaplanowany został na godzinę 10:00 i oficjalna część miała potrwać do 18:00, chociaż jeszcze po osiemnastej ludzie kręcili się przy niektórych stanowiskach łącznie z piszącym te słowa. Po części głównej zaplanowane zostało after party w postaci dwóch koncertów w klubie Wooltura – kickickick i adamstan84, ale niestety konieczność powrotu do miasta knyszy, krasnoludków i wykolejonych tramwajów nie pozwoliła mi w nich uczestniczyć.


Sobotni poranek rozpocząłem od spaceru po sali głównej, na której rozlokowano liczne stanowiska z komputerami i nie tylko. Wejścia strzegła ogromna figura Wiedźmina z mieczem srebrnym na potwory, więc zwiedzający mogli się czuć bezpiecznie. Trudno się dziwić takiej a nie innej dekoracji, wszakże Łódź to miasto, gdzie urodził się Andrzej Sapkowski i swoją działalność rozpoczęła firma CD Project Red. Oczywiście były legendarne ośmio- i szesnastobitowce, gdzie każdy chętny mógł spróbować swoich sił w klasycznych grach retro jak River Raid czy Maniac Miner. O ile widok Commodore 64, Atari czy Amigi dla fanów starych sprzętów nie jest czymś zaskakującym, to na przykład konsola Atari 2600 w żółtej obudowie „Pac-Man” czy jeden z pierwszych laptopów Toshiba T1100 Plus mógł już przykuć i przykuwał uwagę zwiedzających na dłużej. Chwilę pograłem również na popularnych konsolach jak Sega Mega Drive czy SNES, ale to te bardziej niszowe powodowały, że te 8 godzin spędzonych w Łodzi minęło mi w ekspresowym tempie.


Kolejne stanowiska zajmowały prezentacje „indyków” wraz z ich twórcami, którzy czasami stanowili jednoosobowe składy tworzące po godzinach swoje małe dzieła. Pewnie z racji wieku i wystroju mojego domu rodzinnego swoją uwagę zwróciłem w pierwszej kolejności na grę Grobnopolis: Last Days prezentowaną przez młodą, utalentowaną programistkę posługującą się pseudonimem BananaDevJeff. Meblościanka, pers na podłodze i wytarta kanapa sugerowałyby sielski klimat, ale tak naprawdę gra ma elementy horroru i jej celem jest uniknięcie apokalipsy fikcyjnego miasta Husta-Grobno. Dalej mogliśmy spróbować swoich sił w Nycto stworzonej przez studentów Politechniki Łódzkiej działających pod nazwą Gleaming Geckos. Azure Mountain czyli Łukasz Mikołajczyk zaprezentował przygodówkę Zid Journey inspirowaną kreską Tadeusza Baranowskiego. Bardzo dobre wrażenie wywarły na mnie również gry prezentowane przez Grzegorza Piechowskiego (DS Studio) – „Slovian Salvation” i „Sanctus Wars”. Doceniam, że twórcy wszystkich gier byli otwarci na rozmowę i chętnie dzielili się swoją pasją oraz doświadczeniami w tworzeniu gier niezależnych. Niestety nie udało mi się porozmawiać z każdym z nich, ale szczegóły wszystkich prezentacji możecie znaleźć na stronie Bit Boat w zakładce Program / Prototypy Gier Niezależnych.




Oprócz stanowisk z komputerami i konsolami na sali głównej można było również zakupić gadżety związane z imprezą, stare gry na wszelkiej maści sprzęty, obejrzeć grafiki Malaria Art reprezentowane przez Michała i Marcina Danielewiczów czy przyjrzeć się niezwykłemu zbiorowi kilkudziesięciu klawiatur komputerowych z różnych epok. Hitem dla mnie była niezniszczalna klawiatura chyba z połowy lat 80., która ważyła tyle, że spokojnie można by jej użyć do zrobienia bicepsa, tricepsa i klaty. Widziałem kątem oka, że właściciel tej wyjątkowej kolekcji wymieniał się numerem telefonu z chłopakami z wrocławskiego Muzeum Gier i Komputerów Minionej Ery, co może zaowocuje w przyszłości nawiązaniem współpracy pomiędzy tymi fanami retro sprzętów.





W centralnym miejscu sali zostało umiejscowione stanowisko komputerowe, gdzie pod czujnym okiem Jussiego Koskeli został rozegrany konkurs w Deluxe Ski Jump. Ehh te akademickie czasy i walka ze współlokatorami (pozdrawiam Radka i Rafała) o jak największą odległość na mamuciej w Słowenii. Na szczęście sąsiedzi z naszego modułu na 6-tym piętrze akademika T-16 byli na tyle wyrozumiali, że nie patrzyli na nas krzywo, kiedy lądowaliśmy na buli przy akompaniamencie donośnych słów powszechnie uznawanych za niecenzuralne. Jussi na żywo okazał się mega sympatyczny, zamienił ze mną kilka zdań po angielsku i na koniec dał mi autograf. Można było również posłuchać rozmowy z nim w sali prelekcyjnej na 1-szym piętrze.
Zwiedzając salę główną nie można było również przejść obojętnie obok prototypu 8-bitowego komputera Tomasza Sterny, który postanowił stworzyć sprzęt bazujący na dostępnych obecnie komponentach, ale nawiązujący do specyfiki komputerów z połowy lat 80. Mikrokomputer X65 ma kiedyś trafić do masowej produkcji i sprzedaży, ale już teraz mogliśmy podziwiać jego możliwości oglądając krótkie dema. Celem Tomasza jest stworzenie ogólnodostępnego komputera w cenie do 100 USD, który łączyłby najlepsze cechy starych ośmiobitowców i do którego nie musielibyśmy szukać części zamiennych po różnych aukcjach, strychach i piwnicach, gdyż będzie zbudowany z produkowanych obecnie komponentów. Tomasz dodatkowo w sali prelekcyjnej zaprezentował historię powstania układu syntezy FM pod nazwą SGU-1, który ma trafić do opisanego wyżej X65. Połowy słów z tego wykładu nie rozumiałem, ale ogólny przekaz był taki, że moduł jest nowy, ale wydaje dźwięki jak hybryda Commodore i Atari i naprawdę dobrze brzmi nawet dla osoby, która mocno stępiła słuch na koncertach rockowych.


Wydarzenie uświetniło wielu znamienitych gości. Z ogromną ciekawością posłuchałem prelekcji o grach retro i open source wygłoszonej przez Rafała „Raf-a” Szyję. Zahaczyłem również o fragment wykładu Rafała Szrajbera o projektowaniu nowych gier w oparciu o te retro. Wywiadów i pogadanek było dużo więcej, ale nie mogłem się roztroić i być w kilku miejscach naraz.


Na wyższych piętrach, oprócz sali prelekcyjnej, mogliśmy prześledzić historie piłki kopanej od Commodore 64 ze słynnym International Soccer z 1983 roku (ehhh, chyba moja pierwsza gra na ten sprzęt, toporna jak wbijanie jedynki w „maluchu”) po PS5 i najnowsze wydanie FIFY. W innym pomieszczeniu rozłożono kilkanaście komputerów połączonych w sieć, gdzie podczas LAN Party postrzelaliśmy sobie do siedzących obok kamratów w legendarnym Quake-u. Tutaj też spotkałem ekipę z Muzeum Gry i Komputery Minionej Ery / Retrogralnii z Wrocławia, z którymi zamieniłem parę zdań. Na piętrze ulokowano również dodatkowe stanowiska ze sprzętem do grania, czasami mniej popularnymi, gdzie kontrolerami były np. bongosy albo gitara. Patrząc całościowo organizatorzy przygotowali na pewno dużo więcej retro sprzętów, niż na przykład podczas Pixelove Ole w Oleśnicy, ale chyba nie aż tyle, ile ustawiono w ramach wrocławskiego Games & Vintage Days. Dla odwiedzających imprezę udostępniono również stałą ekspozycję poświęconą grze Wiedźmin, gdzie poznaliśmy historię tej gry i mogliśmy się wcielić w jej twórców wychwytując na przykład błędy programistyczne podczas uruchomionej symulacji gry. Sporo miejsca zajmowała również interaktywna wystawa poświęcona komiksom, dzięki której poznawaliśmy początki tego fenomenu w Polsce, jego głównych twórców i klasyki gatunku. Organizatorzy zagwarantowali również relaks w kinie nomen omen „Relaks” oraz możliwość pobudowania sobie z klocków Lego i składania origami.



Od lewej: Jakub „borg” Rzepecki, Mic de Goc, Artur „Sonda” Ciemięga, Wojtek „Frabi” Frabiński, w tle Lan Party
Z pewnością pominąłem jakieś atrakcje tej imprezy, ale było ich tak dużo, że trudno w ciągu tych kilku godzin znaleźć choćby chwilę na każdą z nich i do tego wszystko zapamiętać. Podczas dwudniowego pobytu w Łodzi można by zdecydowanie łatwiej rozłożyć w czasie to, co przygotowali dla nas organizatorzy imprezy. Może za rok się uda, bo z niecierpliwością czekam na koleją edycję i zachęcam wszystkich do wzięcia udziału w tym wydarzeniu. Spotkałem tu wielu fantastycznych ludzi, którzy zawsze znaleźli chwilę na rozmowę by dzielić się swoimi hobby i opowiadać o planach na przyszłość. Mam nadzieję, że w podobnym, albo jeszcze większym gronie zobaczymy się w 2027 roku.







źródło zdjęć:
zbiory własne

To zdjęcie z powyższej relacji…
https://zapach-papieru.pl/wp-content/uploads/2026/04/Hugo.jpg
Pamiętać z (bodajże) początków lat dwutysięcznych oglądanie na ekranie telewizora, jak ktoś – telefonem – gra w „Hugo” to jedno. Ale… zobaczyć to na własne oczy… że nie klawiatura i nie mysz (przecież to oczywiste, takie było założenie – telefoniczne), to zupełnie inne wrażenie.
Właśnie sam sobie zadałem pytanie – którą ręką bym grał? Nooo lewą – jak na WASD, nie?
Dlaczego OBECNIE nie zrobią takiego czegoś ponownie w TV? By się smartfonem sterowało „Hugo”, a przy 5G by nie było lagów. Eee… nevermind.
Te lagi sprawiały, że nie dawało się praktycznie grać w tego telewizyjnego Hugo
Anarki, nie wiem, czy zwróciłeś uwagę, ale dziewczyna, która gra w komentowaną przez Ciebie grę Hugo, jest też na jednym ze wcześniejszych zdjęć z koleżanką z zespołu Gleaming Geckos prezentując grę Nycto. Gleaming Geckos to grupa obecnych studentów Politechniki Łódzkiej. Czyli Hugo było popularne w Polsce prawdopodobnie zanim owi studenci się urodzili, a mimo to wzbudziło u nich zainteresowanie. Coś musi w tej grze być😀
Oczywiście, że zauważyłem, ja takie rzeczy momentalnie wyła… poczekaj chwilę…
Faktycznie! Pomyśleć, że patrzałem na nią (śliczna dziewczyna) na TYMŻE (wskazanym przez Ciebie) zdjęciu, a już na tym z telefonem… nie rozpoznałem jej. Ale gdy człowiek pierwszy raz w życiu widzi kogoś grającego czymś do dzwonienia, to ów gadżet przykuwa całkowitą uwagę, zamiast osoby na nim grającej.