Strona główna » Ciekawe artykuły » Gawędy po FAI #3

Gawędy po FAI #3


Krótka anegdota o żonie, australijskim szczurze w niebieskich gatkach i uczuciach ambiwalentnych może się przekształcić w próbę proroctwa i skompresowaną analizę rynku masowego. Czy coś takiego.

Ostatnio dostałem dużo listów od ludzi, którzy wypominają mi, iż jeszcze rok temu w radiu i pismach zachwalałem wyższość pecetów nad konsolami, a teraz odwrotnie. Ba, nawet pisuję felietony do pisma poświęconego tym ostatnim (nazwa zaczyna się na „N”, kończy na „O”, a w środku jest tylko jedna litera alfabetu pomiędzy „D” a „F”). No i jak to w końcu jest, kurczę pieczone, PeCety czy konsole?

Od pewnego czasu mam żonę. Każdemu się zdarza. I ta żona ostatnio wpadła do naszego metropolisowego biura, a żem był zajęty ciężką pracą, to musiałem wyszukać jej jakąś rozrywkę. Dam jej jakąś PeCetową grę, pomyślałem sprytnie. Od słów do czynów, trzymam w ręku DUNGEON KEEPER. I nagle w mózgu zapaliła mi się ostrzegawcza żarówka: „żona będzie tu dwie godziny, a tłumaczenie jej zasad tej gry zajmie co najmniej godzinę, i to bez gwarancji, że w ogóle zabawa się jej spodoba”. Zacząłem więc szukać czegoś lżejszego. I tu kolejny problem, bo przecież większość strategii czy przygodówek wymaga więcej niż przeciętnej znajomości angielskiego. Hmm. OK. Żona zaczyna ziewać z nudów. Dobra. Już wiem. Dam jej nasza własną produkcję, czyli grę TEENAGENT. Polska przygodówka, powinna ją przecież zaciekawić. Znajduje gdzieś kompakt i instaluje grę. Windowsy, o dziwo, wciąż się nie zawieszają. Odpalam plik startujący grę i nagle bum, TEEN nie czuje karty dźwiękowej. Resetuje system i odpalam całość jeszcze raz. TEENAGENT łaskawie kartę czuje, ale za to wywala się po wprowadzającym w rozgrywkę intro, bo brakuje mu pamięci podstawowej. Oszczędzę wam opisu, ale kiedy udało mi się uruchomić grę po wyniszczającej, półgodzinnej wojnie z plikami systemowymi, żona już dawno straciła zainteresowanie i poszła kupić sobie coś w pobliskim sklepie.

Po skończonym dniu pracy, czyli o drugiej w nocy, wracam do domu. Żona leży sobie wygodnie przed 25-calowym telewizorem, podłączonym do 100-watowych kolumn i przycina W CRASH BANDICOOT.

Odpowiedź na pytanie postawione na początku tej gawędy wydaje się więc być prosta: konsole górą. Jednak na naszym PlayStation nie napiszemy listu do cioci, nie ściągniemy zdjęć nagich kobiet z Internetu i nie pogramy połączeni siecią w deathmatchowego QUAKE (a zapewniam was, że – choć w to trudno uwierzyć – to ostatnie jest naprawdę lepsze od tego przedostatniego). Można kląć na PeCeta i jego olbrzymie wady, ale trudno jednocześnie zapomnieć o jego zaletach. Innymi słowy: posiadanie konsoli, to jak jazda Mercedesem. Posiadanie PeCeta, to jak jazda Ferrari, ale z teściową na sąsiednim siedzeniu. 

W normalniejszych krajach ludzie nie maja takiego problemu. Konsola kosztuje tyle co dwie robocze dniówki, wiec jej zakup nie jest dla nikogo problemem. Japończycy mają przeważnie co najmniej po dwie konsole, nie licząc oczywiście PeCetów, które służą im przeważnie do pracy. Zresztą trend ten zaobserwował mój znajomy podczas nie tak dawnego pobytu w Stanach Zjednoczonych, gdzie w sklepie z grami większość ekspozycji zajmowały tytuły na konsole, zaś PeCetowymi grami interesował się mało który kupujący. A kiedy w naszej Polsce mam komuś doradzić, czy kupić konsolę, czy PeCeta, łza mi się w oku kręci. Bo z jednej strony VANDAL HEARTS, a z drugiej TOTAL ANNIHILATION. Z jednej FINAL FANTASY 7, z drugiej CURSE OF THE MONKEY ISLAND. Z jednej TEKKEN 2, z drugiej ULTIMA ONLINE. Różne gry, różne style, i różne doświadczenia.

Kiedy więc ktoś zarzuca mi niezdecydowanie, odpowiadam mu krótko: „Masz rację”. A kiedy pyta o przyczyny, coś tam mamroczę, że być może nowa generacja superkonsol (Dural/Katana czy PlayStation 2) ostatecznie przechyli szalę na korzyść tych ostatnich. Czego sobie, i Państwu życzę.

Adrian Chmielarz

Artykuł z pisma: NEO nr 3, 1-2/1998