Po trzech tomach z serii „Gry, które trzeba znać„, wydanych przez ekipę CD-Action, przyszedł czas na czwarty i ostatni. Zwiedzaliśmy już epoki „Od GTA V do Baldur’s Gate III„, „Od Silent Hilla 2 do Diablo III” oraz „Lata 90. (i okolice)„, teraz otrzymaliśmy książkę o podtytule „Perełki, crapy i średniaki„. Co tam tam tak błyszczy? Co tam tak brzydko pachnie? Co tam nie robi większego wrażenia? Sprawdźmy.
Jeśli czytaliście moją recenzję drugiego tomu, to zapewne pamiętacie, że już wtedy miałem pewien problem, o czym tu napisać. No bo wydanie, jak to wydanie, po raz kolejny otrzymujemy takie samo. Teksty, choć omawiają inne gry, to jednak pisane są przez tych samych autorów i utrzymane są na podobnym poziomie. W omawianym tytule nie mogło być inaczej.

Mamy tu jednak kilka różnic względem poprzednich edycji (w sumie to każdy tom różni się pewnymi szczegółami). Całość nie ma zamkniętych granic czasowych wyznaczonych przez premiery konkretnych gier. Co za tym idzie, materiał jest dość szeroki i począwszy od lat dziewięćdziesiątych sięga do czasów nam mniej lub bardziej współczesnych.
Książka została podzielona na sześć rozdziałów. Zaczynamy od „Niesłusznie pominięte„, w którym znalazły się produkcje warte uwagi, ale z jakichś względów nie trafiły to poprzednich wydań. Takie dopełnienie lektury. „Średniaki, które lubimy” skupia się na grach może niedoskonałych, zbierających średnie recenzje, ale mających w sobie to coś, co i tak skłania nas do trwonienia nad nimi czasu. Bo jak wiadomo, nie wszystko złoto co się świeci, a rozrywka to nie zabawa w tytuły najwyższych lotów. Przeciwieństwem jest rozdział „Słusznie pominięte„, który prezentuje produkcje, które krótko pisząc zawiodły. Zawiodły, ale niekoniecznie są totalnymi kaszanami. No bo czy Wet jest tak tragicznym tytułem? Wiem, wiem, Rubi gry nie czyni, ale spójrzcie tylko jej w oczy. A czy egranizacja Saw nie daje trochę radości z rozwiązywania kolejnych zagadek i przedzierania się przez duszne piwnice pełne pułapek? Szukanie granicy między crapem a średniakiem otwiera spore pole do dyskusji. Ale przejdźmy dalej. Rozdział „Na poboczu” skupia się na grach będących w pewnym sensie odpryskami głównych serii. W końcu każdy dłuższy cykl z czasem dorabia się takiego ptaka, który nie koniecznie jest brzydkim kaczątkiem, a nawet może być dumnym łabędziem, ale nie pasuje do stada. Opisanych zostało kilkanaście takich pozycji. „Siła marki” natomiast prezentuje produkcje bazujące na konkretnych uniwersach. Nie wszystkie były na tyle dobre by znaleźć się w poprzednich tomach, ale wiele a z nich zasługuje na uwagę i bliższe poznanie.

W każdym rozdziale gry ułożone są chronologicznie od najstarszych do najmłodszych, a pod koniec zawsze wygospodarowane jest jeszcze miejsce na jakieś serie. W końcu trafiają się całe cykle warte poznania. Na każdy tytuł zarezerwowano tradycyjnie dwie strony.
Jest jeszcze jeden rozdział, „Szerszy kontekst„, który różni się zasadniczo od wcześniejszych. Otóż zamieszczone w nim artykuły są dłuższe i przekrojowo (nie mylić ze szczegółowo) zajmujące się konkretną tematyką. Jeśli chcecie poznać najciekawsze gry oparte na „Władcy pierścieni” czy opatrzone nazwiskiem Toma Clancy’ego, albo zebrać kolekcję kart racerów, to już wiecie od czego zacząć. Zamieszczone tu teksty zdecydowanie nie wyczerpują tematu, bo każdy z nich spokojnie wystarczyłby na osobną książkę, ale są na tyle staranne, że dają czytelnikowi konkretny obraz zagadnienia. I fajnie.

Na koniec powrócę na chwilę do mojej recenzji trzeciego tomu. Wspomniałem tam o błędzie w druku, który zupełnie psuje wygląd grzbietów książek. Zapowiedziałem, że tom IV postara się to naprawić. I naprawił. Jak? Otóż nad ostatnim członem loga CD-Action umieszczono skaczącego Mario. Wiecie, że niby wybił się z poprzedniego tomu i dlatego tam opadły te literki. Pomysł ciekawy, ale ocenę efektu pozostawię już każdemu do samodzielnego osądu.
„Gry, które trzeba znać. Perełki, crapy i średniaki” ładnie uzupełniają trzy poprzednie tomy. Sporo tu gier, które tam się nie znalazły, a w sumie mogły. Kwestia selekcji. Mamy tu też opisaną garść tytułów, które zwyczajnie nie dowiozły: zapowiadały się na coś więcej, ale po drodze coś nie wyszło. Nie znaczy to jednak, że zasługują na zapomnienie. W końcu zostały wyryte w papierze, a to pomnik twardszy niż ze spiżu… a nie, czekaj. W każdym razie, jeśli ktoś ma poprzednie części cyklu, to i czwarty warto dokupić. Nawet chyba trzeba.




źródła zdjęć:
https://sklep.cdaction.pl
zbiory własne

Super pomysł z tym Mario na grzbiecie 🙂
Pomysł jest genialny (już tutaj o tym pisałem nieraz). Można w sumie dać porównanie ze sytuacją, że na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej coś tam się zepsuło i dzwonią na Ziemię, że… Houston, mamy problem. Wtedy najtęższe głowy w NASA myślą – niczym MacGyver – że można przecież wziąć ołówek, taśmę klejącą, gumę do żucia oraz sreberko od czekolady i w ten sposób się naprawi daną usterkę. Omawiany faux pas związany z grafiką grzbietu #3 – naprawił… spikain. To znaczy jego pomysł. Niczym przesłany z centrum kontroli lotów na orbitę. I co najważniejsze… to zadziałało.
Mario skoczył z logo w #2 na to w #3 i ono się wcisnęło niżej, po czym skoczył na logo w #4. I tyle.
CD Action ma już doświadczenie – coś te grzbiety pechowe, wcześniej był powtórzony nr na grzbiecie wydania dla prenumeratorów.
Powodem tego (IMHO) jest… pęd wydawniczy. Może też (związana z nim, jeszcze większa) rutyna. Tutaj wkleić to, tam tamto, dobra, następne. Tu dać ten napis, tam tamten, dobra, następne.
Pęd wydawniczy. Obecny także u konkurencji. Jakiś czas temu zdublowano tam pewien artykuł Mazziego. Właśnie przez ów. Może też przez rutynę. Tutaj wkleić to, tam tamto, dobra, następne.
Aczkolwiek… tenże pęd być musi. Niczym w silnikach. Aby maszyna lecąca kontynuowała swój lot.
Ja widzę jak leci „CD-Action”. Widzę jak leci „PSX Extreme”. Widzę także jak leci francuski „JV”. Widziałem też kiedyś jak leciał „Pixel” (to znaczy już po czasie… w pełni zrozumiałem zawartość jego czarnej skrzynki; zdanie pewnego nałogowego palacza hardrockowego to jedno, a moje przemyślenia to drugie).
Dyskobol już teraz myśli o… (obcojęzycznych?) specjalach na 2027 (ale po co obcojęzycznych? znowu na Czechy?). Zobacz… jak należy rozumieć to?
„Pakiet VIP:
– wszystkie wydania specjalne (wydane po polsku), jakie opracujemy w 2027 roku
(…)”
Istny… czeski film.
Crash Bandicoot już teraz myśli o… #350 (listopad 2026, już za pół roku). Będzie dobrze. Musi być.
A że – po drodze, u obu – pojawiają się jakieś błędy? Zdarza się. Nie robią wersji DELUXE swoich standardowych wydań, z grafiką na obie okładki. Nie dodają opcji kupna… jakichś kart do grania, ze swoimi redaktorami. Nie przedłużają zbiórek (to znaczy u nich – przedsprzedaży), byle tylko ich kolejne pułapy cenowe osiągnąć (oczywiście z korzyścią dla Czytelników, trzeba to podkreślić). Nie mają w ogóle tak, że ABY WYSZEDŁ ich kolejny numer, to TRZEBA KONIECZNIE… crowdfunding odpalić. Owszem, od jakiegoś czasu dyskobol oferuje kwartalniki w przedsprzedaży, ale… wicie rozumicie. Nie jest to jednak W ŻADNEJ MIERZE taki poziom lotu, jak u „JV”.
Pani Lidia nie musi wołać „mayday”, Perez też nie musi. Takie są fakty… które trzeba znać.